Toga chroni togę. Łagodne sądy dla sędziów, bezwzględne wyroki dla obywateli.

Jak drobne sprawy obnażają podwójne standardy wymiaru sprawiedliwości

W polskim sądownictwie najbardziej bulwersujące nie są pojedyncze pomyłki. Najbardziej bulwersujący jest kontrast. Z jednej strony zwykły obywatel ścigany za cukierka wartego 40 groszy, batonik za 99 groszy albo prąd za 70 groszy. Z drugiej sędziowie, wobec których system potrafi przez lata znajdować okoliczności łagodzące, odraczać postępowania, zawieszać sprawy tylko dlatego że jest ugruntowana zabetonowana zasada Toga Chroni Togę.

Niniejszy artykuł pokazuje coś bardzo groźnego społecznie: systemową korupcję standardów. Mechanizm, w którym obywatel słaby, chory, ubogi albo po prostu samotny wobec państwa spotyka się z bezwzględnym formalizmem, a przedstawiciel środowiska sędziowskiego często korzysta z całej palety znajomości, immunitetów, odroczeń i wykorzystywania wewnętrznych procedur.

50 złotych, które dla obywatela mogłyby oznaczać sprawę karną i wyrok. Dla sędziego rzekome „roztargnienie” i uniewinnienie.

Jednym z najbardziej symbolicznych przykładów jest sprawa sędziego Mirosława Topyły, ówczesnego wiceprezesa Sądu Rejonowego w Żyrardowie. 3 marca 2017 r. na stacji paliw w okolicy Sochaczewa ukradł z lady banknot 50-złotowy pozostawiony przez inną klientkę. Sąd Apelacyjny w Łodzi, działający jako sąd dyscyplinarny I instancji, wymierzył mu karę złożenia z urzędu. Ale 20 lutego 2018 r. Sąd Najwyższy, Sąd Dyscyplinarny, sygn. SNO 37/17, uniewinnił go od zarzucanego przewinienia. SN uznał, że oskarżyciel nie wykazał zamiaru przywłaszczenia, a istotna okazała się opinia psychologiczna, według której obwiniony był osobą odpowiedzialną, ale „roztargnioną”.

W uzasadnieniu medialnie relacjonowanym przez TVN24 wskazywano, że sprawozdawcą była sędzia SN Agnieszka Piotrowska, a „Rzeczpospolita” podała, że przewodniczącym składu był sędzia Wiesław Kozielewicz.

I tu pojawia się pytanie, które powinno wybrzmieć publicznie: ilu zwykłych obywateli, nagranych przez monitoring przy zabraniu cudzych pieniędzy, otrzymałoby tak pogłębioną analizę osobowości, życiorysu, przemęczenia i profilu psychologicznego?

Taka sytuacja nie jest w polskim sądownictwie zjawiskiem incydentalnym, lecz elementem głębszego problemu. Przez lata w środowisku sędziowskim powstała gęsta sieć powiązań rodzinnych, towarzyskich, akademickich i zawodowych. Dodatkowo liczne stowarzyszenia oraz środowiska zrzeszające sędziów, takie jak Iustitia, Themis, OSSSA, „Sędziowie RP”, GEMME Polska i inne, stworzyły przestrzeń do kontaktów poza salami sądowymi. Same w sobie pełnią funkcję organizacyjną i w praktyce tak rozbudowane relacje środowiskowe wpłynęły na bezstronność, przejrzystość i możliwość nieformalnego wpływania na sprawy sądowe.

W efekcie obywatele coraz częściej odnoszą wrażenie, że w Polsce ukształtowała się zamknięta kasta w togach środowisko odporne na realną odpowiedzialność, chroniące własne interesy i funkcjonujące według zasad niedostępnych dla zwykłych ludzi. Tak jak w innych państwach mówi się o wpływach mafii, oligarchów czy zamkniętych elit, tak w Polsce symbolem patologii państwa prawa stają się układy wewnątrz wymiaru sprawiedliwości.

Sędzia ukradł element wkrętarki za kilka złotych.

Kolejna sprawa: sędzia Paweł M. ze Szczecina. Według relacji mediów 30 czerwca 2016 r. w szczecińskim sklepie schował do kieszeni element zestawu do wkrętarki. TVN24 opisywał, że sędzia przyjął 100-złotowy mandat, a Sąd Okręgowy w Szczecinie zawiesił go w czynnościach i obniżył wynagrodzenie o 25 proc.

Sąd Najwyższy, sygn. SNO 9/18, złagodził karę do obniżenia wynagrodzenia o 20 proc. na dwa lata. „Rzeczpospolita” podała, że SN uzasadniał to m.in. tym, iż jako zwykły obywatel sędzia zapłaciłby 100 zł mandatu.

To ciekawy standard: kiedy obywatelem jest sędzia, system potrafi przeliczać sankcję na realną dolegliwość finansową i szukać proporcji. Kiedy obywatelem jest emeryt od cukierka za 40 groszy, proporcje wyglądają zupełnie inaczej.

Robert W.  prawomocnie skazany, a przez lata wciąż jest z statusem sędziego

Jeszcze bardziej jaskrawy jest przypadek Roberta W., sędziego Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu. Prokuratura Krajowa podała, że 4 lutego 2017 r. w sklepie Media Markt w Wałbrzychu Robert W. wraz z żoną Ewą W. dokonali kradzieży dwóch głośników, dwóch pendrive’ów i kabla, a 6 lutego 2017 r. w Media Markt we Wrocławiu Robert W. miał ukraść kolejne sprzęty, m.in. głośniki, pendrive’y, karty micro SD i słuchawki. Prokuratura opisywała monitoring, cążki, nożyk i przełamywanie zabezpieczeń.

Robert W. został prawomocnie skazany na rok więzienia w zawieszeniu na trzy lata. Ale „Rzeczpospolita” w czerwcu 2024 r. opisywała, że sprawa dyscyplinarna „utknęła” w Sądzie Najwyższym, a Robert W. mimo że nie orzekał nadal miał status sędziego i pobierał 50 proc. wynagrodzenia sędziego sądu apelacyjnego, około 10 tys. zł miesięcznie.

Dopiero 3 października 2024 r. Izba Odpowiedzialności Zawodowej Sądu Najwyższego prawomocnie usunęła Roberta W. z zawodu. Onet wskazywał, że sprawa dyscyplinarna trwała od 2018 r., a przez ostatnie lata skazany prawomocnie sędzia wciąż miał status sędziego i przysługujące mu uposażenie.

To jest modelowy przykład patologii instytucjonalnej: nie trzeba nawet dowodzić korupcji w sensie koperty pod stołem. Wystarczy pokazać, że system wobec „swojego” działa wolniej, ostrożniej, bardziej komfortowo i z większą liczbą bezpieczników.

Waldemar M. — alkohol, kolizja, ucieczka i formalna tama na odpowiedzialność

W sprawie sędziego Waldemara M. z Sądu Okręgowego w Suwałkach media opisywały zdarzenie z sierpnia 2018 r.: prowadzenie auta po alkoholu, kolizję i ucieczkę z miejsca zdarzenia. Radio Białystok podawało, że po zatrzymaniu miał 1,8 promila alkoholu.

PAP informował, że 7 lutego 2024 r. Sąd Rejonowy w Ostródzie skazał sędziego na 20 tys. zł grzywny i zakaz prowadzenia pojazdów przez sześć lat. Jednak już 26 kwietnia 2024 r. RMF24, powołując się na PAP i rzecznika sądu, podał, że Sąd Okręgowy w Elblągu umorzył postępowanie, bo w sprawie nie było wymaganego zezwolenia na ściganie.

Zwykły obywatel, który prowadzi po alkoholu, powoduje kolizję i ucieka, raczej nie oczekuje, że przez lata będzie się analizować formalne braki tak skutecznie, że końcowo sprawa zostanie umorzona. A jednak koledzy i koleżanki w Togach świadomie przez lata nie chcieli doprowadzić do prostego, społecznie zrozumiałego finału.

A teraz druga strona: obywatel i cukierek za 40 groszy

Dla kontrastu Roman Wawrzyniak, emeryt ze Szczecina. 4 lipca 2019 r. w kołobrzeskim sklepie zjadł śliwkę w czekoladzie wartą 40 groszy. TVN24 opisywał, że 27 września 2019 r. Sąd Rejonowy w Kołobrzegu wydał wobec niego wyrok nakazowy bez udziału stron: miesiąc ograniczenia wolności i 20 godzin prac społecznych.

Po sprzeciwie sprawa trafiła na rozprawę. 6 lutego 2020 r. sędzia Klaudia Juraszczyk z Sądu Rejonowego w Kołobrzegu wymierzyła 20 zł grzywny i 100 zł kosztów. Interia przytaczała jej stanowisko: „Sąd nie ma wątpliwości co do winy obwinionego”; według sądu nie miało znaczenia, czy chodzi o cukierka, bułkę, alkohol czy karton mleka.

Następnie Sąd Okręgowy w Koszalinie utrzymał wyrok. RMF24 podał, że orzekał sędzia Przemysław Żmuda, który nie dopatrzył się rażącej surowości kary, choć prokuratura chciała uznania winy bez wymierzenia kary.

Batonik za 99 groszy i chory człowiek w areszcie

Jeszcze mocniejsza jest sprawa Arkadiusza K., chorego na schizofrenię i ubezwłasnowolnionego mężczyzny. TVN24 opisywał, że ukradł batonik wart 99 groszy, został zaocznie skazany na 100 zł grzywny, a gdy jej nie zapłacił trafił na pięć dni do aresztu. Co istotne, w sprawie nie poinformowano opiekuna prawnego, choć jak relacjonował TVN24 powinien być poinformowany.

Kiedy dyrektor okręgowy Służby Więziennej w Koszalinie Krzysztof Olkowicz zapłacił 40 zł, by doprowadzić do zwolnienia chorego człowieka, sam stanął przed sądem. Sąd Rejonowy w Koszalinie, według Interii, uznał go za winnego a uzasadnienie przedstawiała sędzia Anna Sikorska-Obtułowicz. Sąd Okręgowy w Koszalinie utrzymał ten wyrok, a TVN24 podał, że uzasadniała go sędzia Renata Rzepecka-Gawrysiak, wskazując na społeczną szkodliwość zachowania Olkowicza.

Ten przypadek jest brutalnym symbolem systemu: człowiek chory trafia do aresztu za batonik, a urzędnik, który wykazuje elementarną ludzką reakcję, sam zostaje uznany za winnego. Gdyby czynu dokonał człowiek w todze to doszło by do umorzenia postępowania.

70 groszy prądu i trzy miesiące więzienia

„Rzeczpospolita” opisała sprawę Janusza Z., skazanego przez jeden ze stołecznych sądów rejonowych na trzy miesiące pozbawienia wolności za kradzież energii. Sąd po sześciu rozprawach ustalił, że wartość skradzionego prądu wyniosła 70 groszy. Proces miał kosztować ponad 2 tys. zł, a każdy miesiąc więzienia kolejne tysiące.

Wprost i Onet powielały te informacje, wskazując absurd proporcji: 70 groszy szkody, sześć rozpraw, biegły, świadkowie i trzy miesiące więzienia.

Kawa, rower i psychiatryk: gdy drobna sprawa zamienia się w lata izolacji

Najcięższe przykłady dotyczą osób chorujących psychicznie lub uznanych za niepoczytalne.

Stanisław Belski trafił do szpitala psychiatrycznego po sprawie kradzieży kawy. Onet opisywał, że w 2007 r. sąd w Krakowie orzekł wobec niego środek zabezpieczający w postaci zamknięcia w szpitalu psychiatrycznym za kradzież towaru o wartości 337,90 zł. Spędził tam osiem lat. W 2020 r. Onet podał, że Sąd Apelacyjny w Krakowie zasądził mu 2 mln zł zadośćuczynienia, a Sąd Najwyższy wcześniej krytycznie ocenił działania krakowskiego sądu, wskazując brak podstaw do zastosowania najsurowszego środka zabezpieczającego.

Pan Lucjan trafił do zakładu psychiatrycznego po zarzucie kradzieży roweru wartego 400 zł. RPO wskazywał, że sąd rejonowy oparł się m.in. na opinii psychologa, który nie zbadał podejrzanego, i nie uzasadnił dostatecznie, dlaczego czyn miał znaczną społeczną szkodliwość. Sąd Najwyższy 27 lutego 2019 r. uwzględnił kasację RPO, stwierdzając rażące naruszenie prawa; pan Lucjan spędził w zakładzie 10 lat, czyli dwa razy dłużej niż wynosiła maksymalna kara za kradzież.

Tu nie mówimy już o mandacie, grzywnie czy dyscyplinarce. Tu mówimy o latach życia zabranych przez kastę sądową.

Tych spraw jest więcej a kolesiostwo w togach powinno zostać usunięte. Sędziów powinniśmy wybierać w wyborach.

Kiedy przed sądem staje zwykły obywatel, ludzie w togach są bezwzględni i literalny. Cukierek to kradzież. Batonik to grzywna, a potem areszt. 70 groszy prądu to sześć rozpraw i trzy miesiące więzienia. Rower za 400 zł może skończyć się dziesięcioletnim pobytem w zakładzie psychiatrycznym.

Kiedy jednak problem dotyczy sędziego, system nagle odzyskuje wrażliwość na kontekst. Pojawia się roztargnienie, przeciążenie pracą, sytuacja osobista, dotychczasowa służba, opinie psychologiczne, przewlekłość dyscyplinarek, formalne przeszkody, odroczenia, status sędziego zachowany jeszcze przez lata.

To dowodzi nierówności realnego traktowania. Państwo prawa nie może działać jak twarda maszyna wobec emeryta i chorego człowieka, a jak troskliwy zespół interpretatorów wobec własnego środowiska.

Kasty w togach stały się w Polsce trwałym elementem systemu tak jak mafijne struktury w Wenezueli czy Kolumbii albo oligarchiczne kliki w Rosji. Różnica polega na tym, że tutaj nie zawsze działają one w półświatku, lecz pod majestatem prawa, w budynkach sądów i za zamkniętymi drzwiami środowiskowych układów.