Immunitet miał chronić niezależność sędziów i prokuratorów przed naciskiem politycznym. W praktyce wygląda jak mur, o który rozbijają się ofiary, rodziny zmarłych, pokrzywdzeni i zwykli obywatele. Gdy przeciętny człowiek spowoduje wypadek, prowadzi po alkoholu, zostanie zatrzymany z cudzym mieniem albo podejrzany o łapówkę prokuratura potrafi działać natychmiast. Gdy podobne podejrzenia dotyczą osoby z sądu albo prokuratury, najpierw trzeba zapytać któregoś z jego kolegów, czy w ogóle pozwoli dotknąć swojego człowieka.
To jest najpoważniejszy problem z immunitetem w Polsce. Nie samo jego istnienie, lecz sposób, w jaki potrafi zamienić się w poczekalnię odpowiedzialności.
Obywatel nie ma takiego komfortu. Obywatel po zatrzymaniu często jeszcze tego samego dnia dowiaduje się, że jest podejrzanym. Obywatelowi można przeszukać mieszkanie, zatrzymać telefon, zabrać prawo jazdy, przesłuchać go, postawić zarzuty i publicznie opisać jako sprawcę. Sędzia albo prokurator najpierw otrzymuje coś, czego zwykły człowiek nie ma, dodatkową warstwę ochronną.
Ta warstwa nazywa się immunitet.
Immunitet miał chronić niezależność, a nie blokować odpowiedzialność
W teorii immunitet jest logiczny. Sędzia nie powinien bać się, że każda niepopularna decyzja procesowa skończy się zemstą prokuratury. Prokurator nie powinien bać się, że za ściganie wpływowych osób zostanie natychmiast zastraszony postępowaniem karnym. Państwo powinno chronić funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości przed naciskiem, fałszywymi oskarżeniami i politycznym odwetem.
Ale teoria kończy się tam, gdzie zaczynają się sprawy niezwiązane z niezależnością orzekania czy prowadzenia śledztwa.
Bo co ma wspólnego niezależność sędziego z potrąceniem pieszego na pasach?
Co ma wspólnego niezależność prokuratora z jazdą po alkoholu?
Co ma wspólnego ochrona wymiaru sprawiedliwości z zarzutem kradzieży w sklepie, oszustwa przy kasie albo przyjęcia łapówki?
W takich sprawach immunitet nie chroni państwa. Chroni osobę.
A gdy chroni osobę, pojawia się pytanie: czy nadal jest gwarancją niezależności, czy już przywilejem środowiskowym?
Śmierć Doroty Bejgier i 18 miesięcy czekania na decyzję
Najbardziej dramatycznym przykładem ostatnich miesięcy jest sprawa prokurator Magdaleny Z., byłej szefowej Prokuratury Okręgowej w Sosnowcu.
Do wypadku doszło 28 listopada 2024 roku w Sienicznie pod Olkuszem. Samochód prowadzony przez prokurator potrącił Dorotę Bejgier, 28-letnią kobietę poruszającą się poboczem drogi. Kobieta zmarła w wyniku odniesionych obrażeń. Osierociła małą córkę.
W normalnej sprawie obywatel mógłby bardzo szybko usłyszeć zarzut spowodowania śmiertelnego wypadku. Tutaj najpierw trzeba było przejść przez immunitet.
Prokuratura Okręgowa w Krakowie prowadziła śledztwo o sygnaturze 3017-5.Ds.18.2024. Prokurator sporządził postanowienie o przedstawieniu zarzutów wobec kierującej pojazdem. Następnie skierowano do Sądu Najwyższego wniosek o zgodę na pociągnięcie prokurator Magdaleny Z. do odpowiedzialności karnej.
I wtedy sprawa zamiast iść prosto do zarzutów, utknęła w procedurze immunitetowej.
Dopiero 20 maja 2026 roku Sąd Najwyższy w sprawie I ZI 24/25 podjął uchwałę o zezwoleniu na pociągnięcie prokurator do odpowiedzialności karnej. To oznacza, że od śmierci młodej kobiety minęło prawie półtora roku, zanim system formalnie pozwolił przejść do etapu, który wobec zwykłego obywatela często następuje znacznie szybciej.
Dla rodziny ofiary to nie jest abstrakcyjna procedura. To nie są paragrafy w komentarzu prawniczym. To jest dziecko bez matki, cmentarz, ból i pytanie: dlaczego osoba z prokuratury przez tyle miesięcy nie mogła zostać potraktowana tak, jak każdy inny kierowca?
Sędzia z Wieliczki i kobieta potrącona na pasach
Kolejny przykład to sprawa opisywana przez TVN24 i Onet. Pani Anna została potrącona na przejściu dla pieszych w Wieliczce. Za kierownicą samochodu siedziała sędzia sądu rejonowego.
Według publikacji medialnych od wypadku minęły cztery lata, a sędzia wciąż nie usłyszała zarzutów, bo chronił ją immunitet. Sprawa miała utknąć w Sądzie Najwyższym także na tle sporów o skład orzekający i status sędziów.
To pokazuje drugi poziom problemu.
Pokrzywdzona nie czeka tylko na sprawiedliwość. Ona czeka na to, aż instytucje państwa rozstrzygną własne spory proceduralne. Człowiek potrącony na pasach ma być cierpliwy, bo system nie potrafi sprawnie zdecydować, czy sędzia może w ogóle odpowiadać karnie.
Z punktu widzenia obywatela brzmi to jak kpina.
Jeżeli zwykły kierowca potrąci człowieka na przejściu, nie zasłania się statusem zawodowym. Nie czeka latami, aż inna izba, inny skład, inny spór ustrojowy i inna procedura uznają, czy można mu postawić zarzut. Zostaje objęty działaniem prawa.
Sędzia najpierw przechodzi przez bramkę dla swoich.
Prokurator z Gdańska i jazda po alkoholu
Następny przykład to prokurator Damian W. z Gdańska. TVN24 opisywał, że mężczyzna został zatrzymany do kontroli drogowej po prowadzeniu samochodu pod wpływem alkoholu. Według tych informacji, po niemal dwóch miesiącach od zdarzenia nadal nie usłyszał zarzutów, bo wciąż chronił go immunitet.
To jest sprawa szczególnie ważna, bo jazda po alkoholu jest jednym z tych czynów, wobec których państwo publicznie deklaruje zero tolerancji. Policja publikuje statystyki. Prokuratura chwali się szybkim działaniem. Sądy orzekają zakazy prowadzenia pojazdów. Obywatel ma usłyszeć, że nie ma żadnego usprawiedliwienia.
Ale gdy kierowcą jest prokurator, znowu pojawia się dodatkowe pytanie: czy można go ścigać?
I obywatel patrzy na to z niedowierzaniem.
Bo skoro państwo wymaga od zwykłych ludzi bezwzględnego przestrzegania prawa, to osoby pracujące w prokuraturze powinny być rozliczane nie wolniej, ale szybciej. To oni wiedzą najlepiej, czym jest przestępstwo. To oni oskarżają innych. To oni żądają kar. To oni potrafią mówić w sądzie o społecznej szkodliwości, zagrożeniu dla bezpieczeństwa i konieczności prewencji.
Dlatego prokurator prowadzący po alkoholu nie powinien mieć drogi przez labirynt przywilejów. Powinien mieć drogę przez prawo.
Marek Sadowski. Wypadek, immunitet i lata czekania
Jedną z najbardziej znanych spraw historycznych jest sprawa Marka Sadowskiego, byłego ministra sprawiedliwości. Wypadek miał miejsce w 1995 roku w Broniszewie koło Białobrzegów. Kobieta, Janina Pachniak, doznała poważnych obrażeń i kalectwa.
Media opisywały, że prokuratura nie mogła wówczas postawić Sadowskiemu zarzutów, bo chronił go immunitet sędziowski, a sąd dyscyplinarny nie zgodził się na jego uchylenie. Później pojawiał się kolejny problem immunitetowy związany z jego statusem prokuratorskim.
Sprawa zakończyła się dopiero po wielu latach. Według publikacji medialnych prawomocny wyrok zapadł po około 12 latach od wypadku.
To przykład, który powinien być omawiany studentom prawa nie jako ciekawostka, ale jako ostrzeżenie.
Jeżeli pokrzywdzony musi czekać ponad dekadę, bo sprawcą podejrzewanym o wypadek jest człowiek z immunitetem, to państwo nie działa.
Kradzieże, oszustwa, łapówki. Immunitet działa także przy zwykłych czynach
Sprawy drogowe są najbardziej poruszające, bo często dotyczą życia i zdrowia. Ale problem immunitetu widać również w sprawach, które nie mają żadnego związku z niezależnością sądu czy prokuratury.
Sędzia Robert W. z Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu miał według Prokuratury Krajowej usłyszeć zarzuty kradzieży sprzętu elektronicznego w sklepach Media Markt. Prokuratura mogła iść dalej dopiero po decyzji o uchyleniu immunitetu. Co szczególnie uderzające, zarzuty wobec żony sędziego mogły zostać ogłoszone wcześniej, bo jej immunitet nie chronił.
I właśnie w takich detalach widać nierówność.
Dwie osoby mogą uczestniczyć w tej samej sprawie. Jedna może usłyszeć zarzuty normalnie. Druga czeka na decyzję środowiska dyscyplinarnego, bo nosi togę.
Podobnie w sprawie sędzi Wiesławy B.-M. ze Szczecina, gdzie chodziło o podejrzenie oszustwa w hipermarkecie poprzez naklejenie niższych cen na produkty. Prokuratura wskazywała, że dopiero sąd dyscyplinarny zezwolił na pociągnięcie sędzi do odpowiedzialności karnej.
Zwykły klient w takiej sytuacji prawdopodobnie nie usłyszałby wykładu o gwarancjach niezależności zawodu. Usłyszałby zarzut albo co najmniej zostałby natychmiast objęty czynnościami policji i prokuratury.
Korupcja w todze: gdy system najpierw musi zgodzić się na ściganie swojego
Jeszcze poważniejsze są sprawy korupcyjne.
Prokuratura Krajowa informowała o sędzim Sławomirze B. z Sądu Rejonowego dla m.st. Warszawy, wobec którego skierowano wniosek o uchylenie immunitetu w związku z podejrzeniem przestępstw korupcyjnych. Według prokuratury sędzia miał żądać i przyjmować korzyści majątkowe od syndyka w sprawach upadłościowych. W materiałach wskazywano m.in. na pieniądze, samochody i inne korzyści.
Jeżeli takie podejrzenia dotyczą zwykłego urzędnika, prokuratura może działać natychmiast. Jeżeli dotyczą sędziego, najpierw musi uzyskać zgodę.
Podobnie w sprawie prokuratora M.R. z Lubartowa. Według Prokuratury Krajowej uchylenie immunitetu było konieczne, aby wykonać czynności procesowe z jego udziałem, w tym ogłosić mu zarzuty. Chodziło o podejrzenie przyjęcia łapówki.
W sprawie byłego prezesa Sądu Apelacyjnego w Krakowie Krzysztofa S. prokuratura informowała, że oskarżenie było możliwe dopiero po uchyleniu immunitetu. Zarzuty dotyczyły bardzo poważnej sprawy związanej z Sądem Apelacyjnym w Krakowie, zorganizowaną grupą przestępczą, korzyściami majątkowymi znacznej wartości i wielomilionową szkodą.
I znowu pojawia się pytanie: dlaczego osoba podejrzewana o korupcję w wymiarze sprawiedliwości najpierw korzysta z dodatkowej ochrony, skoro właśnie wymiar sprawiedliwości powinien być najbardziej przejrzysty?
Państwo nie może mieć dwóch prędkości
Największy problem polega na tym, że w Polsce powstaje wrażenie dwóch prędkości prawa.
Dla obywatela: tryb szybki.
Dla togi: tryb ochronny, formalny, odroczony, immunitetowy.
Zwykły obywatel może być zatrzymany, przesłuchany, oskarżony i opisany w komunikacie jako podejrzany. Sędzia i prokurator najpierw korzystają z ochrony, która może trwać miesiącami albo latami. W tym czasie ofiara czeka. Rodzina czeka. Pokrzywdzony czeka. Opinia publiczna czeka. A system mówi: procedura.
Tylko że sprawiedliwość odkładana latami przestaje być sprawiedliwością. Staje się przywilejem dla silniejszych.
Immunitet nie może oznaczać, że sędzia albo prokurator jest poza prawem. Nie może oznaczać, że osoba z wymiaru sprawiedliwości ma więcej czasu, więcej ścieżek odwoławczych, więcej osłon i więcej możliwości proceduralnego przeciągania sprawy niż zwykły człowiek.
Jeżeli immunitet ma pozostać, to powinien być ograniczony do spraw związanych z wykonywaniem funkcji: orzekaniem, decyzjami procesowymi, prowadzeniem śledztw. Natomiast w sprawach drogowych, alkoholowych, korupcyjnych, kradzieżowych, przemocowych czy majątkowych procedura powinna być ekspresowa, jawna i kontrolowana publicznie.
Co powinno się zmienić?
Po pierwsze, potrzebny jest publiczny rejestr spraw immunitetowych sędziów i prokuratorów. Obywatel powinien wiedzieć, kto, kiedy, w jakiej sprawie i z jakim skutkiem korzystał z ochrony immunitetowej.
Po drugie, sprawy niezwiązane z wykonywaniem funkcji powinny mieć ustawowy krótki termin rozpoznania. Wypadek drogowy, jazda po alkoholu, kradzież czy łapówka nie mogą czekać latami tylko dlatego, że podejrzewany jest sędzia albo prokurator.
Po trzecie, uzasadnienia odmowy uchylenia immunitetu powinny być jawne w maksymalnym możliwym zakresie. Obywatel ma prawo wiedzieć, dlaczego osoba z wymiaru sprawiedliwości nie może zostać pociągnięta do odpowiedzialności.
Po czwarte, w sprawach śmiertelnych i dotyczących ciężkiego uszczerbku na zdrowiu immunitet powinien być rozpoznawany w trybie pilnym. Rodzina ofiary nie może przez półtora roku czekać na samą zgodę na postawienie zarzutów.
Po piąte, środowisko sędziowskie i prokuratorskie nie powinno samo tworzyć wrażenia, że toga stoi za togą. Każda zwłoka, każda odmowa i każda proceduralna gra niszczą zaufanie do państwa bardziej niż sam czyn, którego dotyczy sprawa.
Oczy Temidy pytają
Dlaczego zwykły obywatel po wypadku może bardzo szybko usłyszeć zarzuty, a osoba z immunitetem czeka na decyzję własnego systemu?
Dlaczego rodziny ofiar mają patrzeć, jak sprawa zatrzymuje się nie na braku dowodów, ale na przywileju zawodowym?
Dlaczego immunitet obejmuje sytuacje, które nie mają nic wspólnego z niezależnością orzekania albo prowadzenia śledztwa?
Dlaczego nie istnieje prosta, jawna lista spraw, w których sędziowie i prokuratorzy korzystali z immunitetu?
I najważniejsze: czy obywatel ma jeszcze wierzyć, że wobec prawa wszyscy są równi, jeżeli jedni stają przed prokuratorem od razu, a inni najpierw stają za murem immunitetu?
Immunitet nie może być nadużywany
Immunitet nie może być schronem przed odpowiedzialnością. Nie może być pancerną szybą między ofiarą a sprawiedliwością. Nie może być kartą bezpieczeństwa dla ludzi, którzy sami na co dzień oskarżają, sądzą i wymagają od obywateli posłuszeństwa wobec prawa.
Sędzia i prokurator powinni być rozliczani co najmniej tak samo surowo jak zwykły obywatel. A może nawet surowiej moralnie, bo to oni wiedzą najlepiej, czym jest prawo i jakie znaczenie ma zaufanie publiczne.
Jeżeli człowiek w todze popełnia czyn niezwiązany z wykonywaniem urzędu, powinien odpowiadać jak każdy inny.
Bez wielomiesięcznej gry.
Bez środowiskowej osłony.
Bez wrażenia, że państwo najpierw chroni swoich, a dopiero potem szuka prawdy.
Bo sprawiedliwość zaczyna się nie wtedy, gdy toga chroni togę.
Sprawiedliwość zaczyna się wtedy, gdy toga nie daje żadnego przywileju wobec ofiary.