Najgroźniejsze w wymiarze sprawiedliwości nie jest tylko to, że sąd może się pomylić.

Najgroźniejsze jest to, że obywatel może nigdy nie dowiedzieć się, czy jego sprawę rzeczywiście rozpoznał niezależny sąd, czy skład dobrany w sposób wygodny dla kogoś silniejszego.

Bo wyrok nie zaczyna się w chwili ogłoszenia sentencji.

Wyrok zaczyna się dużo wcześniej.

Zaczyna się od tego, kto dostanie sprawę. Kto zostanie referentem. Kto będzie przewodniczył. Kto będzie sprawozdawcą. Kto zostanie wyłączony. Kogo przeniesie się do innego wydziału. Kto nagle przestanie prowadzić akta. Kiedy nastąpi ponowne losowanie. I czy obywatel w ogóle ma szansę sprawdzić, dlaczego tak się stało.

W teorii skład sądu to kwestia organizacyjna.

W praktyce skład sądu może być kluczem do całej sprawy.

Sędzia nie powinien być dobierany jak narzędzie

Prawo mówi jasno: sprawy mają być przydzielane sędziom losowo, w ramach określonych kategorii. Zmiana składu sądu ma być wyjątkiem, a nie wygodną metodą zarządzania wynikiem.

To jest fundament uczciwego procesu.

Obywatel ma mieć pewność, że nie trafił do sędziego „wybranego pod sprawę”.

Nie do sędziego wygodnego.

Nie do sędziego przewidywalnego.

Nie do sędziego zależnego od prezesa, środowiska, polityki, układu albo telefonu.

Do sędziego ma trafić przez jasną procedurę. Przez losowanie. Przez reguły. Przez system, który da się sprawdzić.

Jeżeli tego nie ma, sąd przestaje być miejscem sprawiedliwości, a zaczyna przypominać gabinet, w którym ktoś wcześniej ustawia krzesła.

„Sędzia na telefon” pokazał, jak krucha może być niezależność

Jednym z najbardziej symbolicznych przykładów był Ryszard Milewski, były prezes Sądu Okręgowego w Gdańsku, kojarzony ze sprawą Amber Gold.

W 2012 roku dziennikarz, podając się za pracownika Kancelarii Premiera, rozmawiał z prezesem sądu o sprawie aresztowej Marcina P. Pojawił się temat terminu posiedzenia. Pojawił się temat składu. Pojawiło się pytanie, czy sędziowie są „zaufani”.

Odpowiedź, która przeszła do historii, brzmiała: „Proszę się nie martwić”.

Trzeba powiedzieć uczciwie: to była prowokacja dziennikarska, nie udowodniony realny telefon z rządu. Nie udowodniono też, że faktycznie ustawiono rozstrzygnięcie sprawy.

Ale właśnie dlatego ta sprawa jest tak ważna.

Bo pokazała coś innego.

Pokazała gotowość rozmowy o konkretnej sprawie z osobą podającą się za przedstawiciela władzy wykonawczej. Pokazała atmosferę, w której prezes sądu sprawiał wrażenie, jakby można było rozmawiać o terminach, sędziach i organizacji sprawy poza normalnym trybem.

Sąd dyscyplinarny uznał później, że takie zachowanie naruszyło zasadę niezależności sądów i godność sędziego. Sąd Najwyższy zaostrzył karę dyscyplinarną, a Milewski został przeniesiony poza apelację gdańską.

To powinno być ostrzeżenie dla całego państwa.

Nie trzeba udowodnić łapówki, żeby zniszczyć zaufanie do sądu.

Czasem wystarczy telefon.

Czasem wystarczy gotowość.

Czasem wystarczy wrażenie, że ktoś „na górze” może zapytać, a ktoś „w sądzie” może odpowiedzieć.

Trybunał Konstytucyjny i skład jako narzędzie wpływu

Jeszcze poważniejszy problem pojawia się tam, gdzie manipulacja składem nie jest jednostkową kompromitacją, lecz zaczyna wyglądać jak metoda zarządzania instytucją.

W Trybunale Konstytucyjnym za prezesury Julii Przyłębskiej przez lata pojawiały się zarzuty dotyczące zmian składów orzekających i wyznaczania sprawozdawców. Sędziowie Trybunału alarmowali, że składy są kształtowane arbitralnie. Rzecznik Praw Obywatelskich wskazywał w jednej ze spraw, że doszło do zmiany sędziego bez podstawy prawnej i bez pisemnego poinformowania uczestnika postępowania.

To już nie jest drobna techniczna korekta.

To jest pytanie o to, czy obywatel, organizacja, przedsiębiorca albo organ państwa stają przed sądem ustanowionym według prawa, czy przed składem ułożonym według potrzeby chwili.

W zwykłym sądzie obywatel boi się, że ktoś wpłynie na sędziego.

W Trybunale obywatel może bać się jeszcze czegoś innego: że najpierw dobierze się skład, a potem dopiero zapadnie „niezależne” orzeczenie.

Jeżeli skład jest ustawiany, to wyrok może być tylko ostatnim aktem wcześniejszej decyzji.

Sądowy totolotek, którego nie wolno kontrolować tylko na słowo

System Losowego Przydziału Spraw miał być odpowiedzią na ręczne sterowanie.

Zamiast przewodniczącego wydziału, który może przydzielać sprawy według własnej decyzji, miał pojawić się algorytm. Zamiast podejrzeń, że sprawa trafiła do „właściwego” sędziego, miało być losowanie. Zamiast układu,  automat.

To dobry kierunek.

Ale automat nie jest święty tylko dlatego, że jest automatem.

Jeżeli państwo mówi obywatelowi: „nie martw się, system losuje uczciwie”, obywatel ma prawo odpowiedzieć: „pokażcie, jak działa”.

I tu zaczyna się problem.

Organizacje społeczne od lat domagają się pełnej jawności kodu źródłowego systemu. Ministerstwo ujawniło opis algorytmu, ale opis algorytmu to nie to samo, co kod programu. To tak, jakby pokazać regulamin gry, ale nie pozwolić zobaczyć maszyny, która losuje wyniki.

Może działa uczciwie.

Może działa źle.

Może ma błędy.

Może daje się obejść.

Może ktoś może wpływać na dane wejściowe.

Może można wykluczyć sędziego z losowania, zmienić kategorię sprawy, wstrzymać przydział, poprawić wpis, przesunąć sprawę, a potem powiedzieć: „wylosował system”.

Dlatego w sądownictwie nie wystarczy zapewnienie.

Potrzebna jest kontrola.

Nie kontrola polityczna.

Kontrola społeczna, techniczna i prawna.

Bo tam, gdzie algorytm decyduje o składzie sądu, algorytm staje się elementem prawa do sądu.

Ponowne losowanie może być drugim otwarciem drzwi

Nawet uczciwy system losowania nie rozwiązuje wszystkiego.

Bo manipulacja nie musi polegać na pierwszym losowaniu.

Może polegać na drugim.

Najpierw sprawa trafia do jednego sędziego. Potem sędzia zostaje przeniesiony. Potem zwalnia się go z części spraw. Potem sprawy wracają do puli. Potem system losuje ponownie. Na papierze wszystko wygląda technicznie.

Ale obywatel ma prawo zapytać:

Dlaczego zmieniono skład?

Dlaczego akurat teraz?

Dlaczego bez uzasadnienia?

Dlaczego te sprawy, a nie inne?

Kto o tym zdecydował?

Czy strona może to skutecznie zakwestionować?

Rzecznik generalny TSUE w sprawie dotyczącej polskiego systemu wskazał właśnie ten problem: zwolnienie sędziego z przydzielonych spraw bez jasnych kryteriów i bez obowiązku uzasadnienia może tworzyć ryzyko arbitralności. Nawet zgoda sędziego nie rozwiązuje problemu, bo zgoda w instytucji może wynikać z nacisku, oczekiwań przełożonych albo zależności służbowych.

To jest sedno sprawy.

Losowanie jest gwarancją tylko wtedy, gdy nie można potem dowolnie unieważnić jego skutków.

Jeżeli można losować do skutku, losowanie przestaje być gwarancją.

Staje się dekoracją.

Łapówka to najprostsza ustawka, ale nie jedyna

Najbardziej oczywisty typ manipulacji to klasyczna korupcja.

Sędzia bierze pieniądze albo inne korzyści i wydaje korzystne rozstrzygnięcie. Tu nie ma wielkiej filozofii. To nie jest spór o regulamin, algorytm czy podział czynności. To jest handel sprawiedliwością.

Takim przykładem była sprawa sędziego Janusza Korzeniowskiego, prawomocnie skazanego za łapówki i usuniętego z zawodu. Według publicznych relacji chodziło o przyjmowanie korzyści za korzystne orzeczenia.

To jest najbardziej brutalna wersja upadku sądu.

Obywatel płaci podatki na państwo, państwo buduje sądy, sądy mają wydawać wyroki w imieniu Rzeczypospolitej, a gdzieś po drodze wyrok staje się usługą.

Ale są też bardziej wyrafinowane mechanizmy.

Czasem nie sprzedaje się wyroku.

Czasem sprzedaje się wpływ.

Czasem ktoś bierze pieniądze za „załatwienie” czegoś, co i tak było prawnie przesądzone.

W sprawie byłego sędziego Marka Z. z Przemyśla prokuratura zarzucała przyjęcie 100 tysięcy złotych za korzystne rozstrzygnięcie dotyczące przepadku blisko 2 milionów złotych. Według ustaleń śledczych sprawa była już przedawniona, a więc umorzenie miało być przesądzone niezależnie od łapówki.

To pokazuje inny wymiar patologii.

W układzie sądowym można zarabiać nie tylko na realnym wpływie, ale także na przekonaniu obywatela, że bez układu niczego nie załatwi.

Samo wrażenie, że sąd da się „załatwić”, staje się towarem.

Sąd jako instytucja też może być miejscem przekrętu

Afera korupcyjna w Sądzie Apelacyjnym w Krakowie pokazuje jeszcze inny mechanizm.

Tam problem nie polegał przede wszystkim na tym, że ktoś miał ustawiać konkretne składy orzekające. Chodziło o pieniądze, fikcyjne zamówienia, faktury, usługi, które miały nie być wykonywane, oraz sieć powiązań wokół sądu. Według ustaleń CBA i prokuratury straty miały sięgać dziesiątek milionów złotych, a na ławie oskarżonych znalazły się dziesiątki osób.

To ważne, bo obywatel często myśli o sądzie tylko przez pryzmat sali rozpraw.

A sąd to także administracja, dyrektorzy, zamówienia, opinie, biegli, informatyka, przetargi, zlecenia, tłumaczenia, ochrona, remonty, dokumenty.

Jeżeli tam powstaje układ, to sąd traci moralne prawo do pouczania obywatela o uczciwości.

Bo jak obywatel ma wierzyć w majestat prawa, gdy wokół tego majestatu pojawiają się fikcyjne faktury i oskarżenia o milionowe wyprowadzenia pieniędzy?

Syndyk, biegły, kurator, sprawiedliwość można ustawić obok wyroku

Nie każda manipulacja musi dotyczyć samego składu.

W wielu sprawach kluczowe jest to, kto zostanie syndykiem, kuratorem, biegłym albo zarządcą.

W sprawach upadłościowych jeden wybór może decydować o milionach. Syndyk prowadzi majątek. Biegły może przesądzić o wartości. Kurator może reprezentować osobę nieobecną. Zarządca może kontrolować realny przepływ pieniędzy.

Jeżeli w tym miejscu pojawia się układ, wyrok może być tylko formalnym finałem procesu, który wcześniej został przejęty przez ludzi ustawionych wokół sprawy.

W sprawie sędziego Sławomira B. prokuratura wskazywała na podejrzenia korupcyjne związane z syndykiem: pieniądze, samochody, korzyści dla rodziny i postępowania upadłościowe. To pokazuje, że w sądzie nie zawsze najważniejszy jest sam wyrok.

Czasem najważniejsze jest to, kto obsługuje sprawę.

Czasem nie trzeba przekupić całego sądu.

Wystarczy mieć swojego człowieka w odpowiednim miejscu procedury.

Mechanizmy ustawiania spraw

Patologie mogą mieć różne twarze.

Pierwsza to telefon.

Ktoś wpływowy dzwoni do prezesa sądu albo osoby funkcyjnej. Nie musi wprost powiedzieć: „wydajcie taki wyrok”. Wystarczy sugestia, pytanie o skład, termin, przyspieszenie, opóźnienie, „zaufanych” ludzi.

Druga to ręczna zmiana składu.

Sędzia znika ze sprawy. Pojawia się inny. Strony dostają informację, ale nie dostają jasnej odpowiedzi, dlaczego tak się stało.

Trzecia to ponowne losowanie.

Na papierze losowe. W praktyce podejrzane, jeśli poprzedni wynik komuś nie pasował.

Czwarta to manipulacja podziałem czynności.

Zmienia się kategorie spraw, procentowy udział w losowaniu, dyżury, wydziały, specjalizacje. Nie trzeba dotykać konkretnej sprawy, jeśli wcześniej można ustawić reguły gry.

Piąta to korupcja bezpośrednia.

Pieniądze, prezenty, samochody, fikcyjne umowy, praca dla rodziny.

Szósta to korupcja okołosądowa.

Syndyk, biegły, kurator, zarządca, dostawca, firma od usług, opinia, wycena, sprzedaż majątku.

Siódma to sprzedaż wpływów.

Ktoś obiecuje, że zna sędziego, prokuratora, prezesa albo człowieka w sądzie. Czasem wpływ jest realny. Czasem fikcyjny. Ale sama wiara w układ niszczy zaufanie do państwa.

Ósma to brak jawności.

Bo tam, gdzie obywatel nie widzi śladu decyzji, nie widzi uzasadnienia i nie ma dostępu do danych, tam system zawsze będzie podejrzany.

Państwo prawa nie może działać na słowo honoru

Wymiar sprawiedliwości wymaga zaufania.

Ale zaufanie nie oznacza ślepoty.

Nie wystarczy powiedzieć obywatelowi: „proszę nam wierzyć”.

Obywatel ma prawo sprawdzić.

Kto wylosował sprawę.

Kiedy ją wylosował.

Kto był w puli.

Kto został wyłączony.

Dlaczego zmieniono skład.

Dlaczego powtórzono losowanie.

Dlaczego sędzia przestał prowadzić sprawę.

Kto podpisał zarządzenie.

Czy decyzja miała uzasadnienie.

Czy strony mogą ją zaskarżyć.

Czy system informatyczny można niezależnie skontrolować.

Jeżeli odpowiedzią jest cisza, tajemnica, techniczny żargon albo zasłanianie się wewnętrzną organizacją sądu, to nie jest państwo prawa.

To jest państwo procedury bez kontroli.

Co powinno się zmienić?

Po pierwsze, pełna jawność raportów z losowania i zmian składów.

Obywatel powinien mieć prostą możliwość sprawdzenia historii składu w swojej sprawie: pierwszy przydział, każda zmiana, każda przyczyna, każda osoba decyzyjna.

Po drugie, obowiązkowe pisemne uzasadnienie każdej zmiany składu.

Bez formułek. Bez ogólników. Bez zdania: „z przyczyn organizacyjnych”.

Po trzecie, realna kontrola ponownych losowań.

Ponowne losowanie powinno być wyjątkiem, który świeci na czerwono w aktach sprawy. Nie może wyglądać jak zwykła czynność biurowa.

Po czwarte, pełny audyt systemu losowania.

Nie polityczny. Techniczny. Niezależny. Z udziałem ekspertów, organizacji społecznych i przedstawicieli środowiska prawniczego.

Po piąte, jawność danych o obciążeniu sędziów.

Jeżeli system ma losować proporcjonalnie, trzeba widzieć, czy faktycznie losuje proporcjonalnie.

Po szóste, publiczny rejestr decyzji o wyłączeniach, przeniesieniach i zwolnieniach sędziów z przydzielonych spraw, oczywiście z ochroną danych wrażliwych stron.

Po siódme, surowsza odpowiedzialność za korupcję w wymiarze sprawiedliwości.

Sędzia, prokurator, syndyk, biegły albo urzędnik sądowy nie powinien być traktowany łagodniej dlatego, że zna system. Powinien być rozliczany surowiej moralnie, bo wie, jak bardzo jego czyn niszczy zaufanie do państwa.

Oczy Temidy pytają

Dlaczego obywatel ma wierzyć w losowanie, którego nie może realnie skontrolować?

Dlaczego zmiana składu bywa traktowana jak sprawa techniczna, skoro może decydować o losie człowieka?

Dlaczego wciąż trzeba walczyć o dane, które powinny być jawne z urzędu?

Dlaczego system, który ma chronić przed ręcznym sterowaniem, sam pozostaje dla obywatela częściowo nieprzejrzysty?

Dlaczego w państwie prawa tak często dopiero skandal, prowokacja, śledztwo albo wyrok sądu administracyjnego wymuszają jawność?

I najważniejsze:

Czy obywatel naprawdę staje przed niezależnym sądem, jeżeli nie wie, kto i dlaczego zdecydował, że jego sprawę rozpozna właśnie ten skład?

Bez jawnego składu nie ma sprawiedliwego wyroku

Sprawiedliwość nie zaczyna się od wyroku.

Sprawiedliwość zaczyna się od uczciwego przydziału sprawy.

Od jawnego składu.

Od niezmienności sędziego.

Od odporności na telefon.

Od braku układów.

Od tego, że nikt nie może po cichu przesunąć akt z jednych rąk do drugich.

Jeżeli skład można ustawić, można ustawić sprawę.

Jeżeli sprawę można ustawić, wyrok staje się tylko papierem z pieczątką.

A obywatel, który przychodzi do sądu, nie przychodzi po papier.

Przychodzi po sprawiedliwość.

I ma prawo wiedzieć, czy dostał sąd, czy tylko dobrze zorganizowaną procedurę.