Polskie sądy w pułapce układów. Gdy sędziowie oceniają sędziów, sprawiedliwość przegrywa
Polskie sądownictwo od lat znajduje się w stanie głębokiego kryzysu zaufania. Dla zwykłego obywatela nie jest dziś najważniejsze to, która strona politycznego sporu ma rację, lecz to, czy wchodząc do sądu może liczyć na uczciwy, bezstronny i sprawny proces. I właśnie tu pojawia się najpoważniejszy problem: wymiar sprawiedliwości coraz częściej sprawia wrażenie systemu zamkniętego, wewnętrznie powiązanego, odpornego na kontrolę społeczną i zbyt silnie opartego na relacjach środowiskowych.
Nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością sytuacja, w której o awansach, pozycjach i wpływach decyduje przede wszystkim przynależność do określonego kręgu, znajomości albo akceptacja środowiska. Obywatel nie chce sądu środowiskowego. Obywatel chce sądu państwowego. Takiego, w którym liczy się prawo, kompetencja i odpowiedzialność, a nie to, kto kogo zna, kto komu udzielił poparcia i kto należy do właściwego stowarzyszenia.
Jednym z centralnych punktów konfliktu pozostaje Krajowa Rada Sądownictwa oraz sposób wyłaniania sędziów po zmianach z 2017 roku. W debacie publicznej od lat obserwujemy wzajemne podważanie legalności, autorytetu i statusu sędziów. Jedni są określani jako „lepsi”, inni jako „gorsi”. Jedni uznają się za strażników praworządności, drudzy zarzucają oponentom obronę zamkniętego, kastowego modelu sądownictwa. Niezależnie od ocen politycznych jedno jest pewne: państwo, w którym sami sędziowie publicznie delegitymizują innych sędziów, przestaje być państwem przewidywalnym.
Najbardziej niebezpieczny jest właśnie ten mechanizm podziału. Jeżeli obywatel słyszy, że wyrok może być kwestionowany nie dlatego, że jest błędny merytorycznie, ale dlatego, że wydał go „ten” albo „tamten” sędzia, to zaczyna mieć uzasadnione poczucie chaosu. Sąd przestaje być miejscem pewności prawa, a staje się polem wojny o wpływy. W takiej rzeczywistości przegrywa nie jedna partia czy jedno środowisko. Przegrywa obywatel.
Kolejną patologią jest paraliż kadrowy. Jeżeli rzeczywiście w systemie brakuje około tysiąca etatów sędziowskich, to nie jest to spór akademicki ani problem wyłącznie środowiska prawniczego. To realny dramat obywateli czekających miesiącami, a czasem latami, na rozpoznanie swoich spraw. Za każdym takim wakatem stoi konkretna ludzka historia: rozwód, alimenty, spadek, walka z nieuczciwym pracodawcą, spór z bankiem, obrona dobrego imienia, odpowiedzialność karna. Państwo, które nie potrafi sprawnie obsadzić sądów, nie realizuje podstawowej funkcji ochrony praw obywatela.
W debacie o sądownictwie zbyt często mówi się językiem interesów grupowych. Jedni bronią „swoich” sędziów, drudzy atakują „tamtych” sędziów. Jedni powołują się na konstytucję, drudzy na demokratyczny mandat, jeszcze inni na instytucje europejskie. Tymczasem dla społeczeństwa najważniejsze powinno być coś znacznie prostszego: czy system jest uczciwy, przejrzysty i jednakowy dla wszystkich. Jeżeli obywatel widzi że w sądzie funkcjonują kręgi wzajemnej ochrony, stowarzyszeniowe zależności i polityczne sympatie, to zaufanie do wyroków będzie dalej spadać.
Niepokojący jest również wątek podwójnych standardów. W każdej władzy publicznej, a szczególnie w wymiarze sprawiedliwości, hipokryzja niszczy autorytet szybciej niż najostrzejsza krytyka. Nie można jednego dnia podważać statusu określonych sędziów, a drugiego korzystać z ich orzeczeń wtedy, gdy są dla kogoś wygodne. Nie można żądać niezależności sądów, a równocześnie akceptować naciski, gdy uderzają w przeciwników. Nie można mówić o praworządności wybiórczo.
Największym problemem polskiego sądownictwa nie jest dziś wyłącznie jeden przepis, jedna ustawa czy jedna reforma. Największym problemem jest brak wspólnej zgody co do tego, że sąd nie może być własnością żadnej grupy. Ani polityków. Ani stowarzyszeń. Ani środowiskowych elit. Ani zamkniętej kasty. Sąd ma służyć obywatelowi, a nie środowisku sędziowskiemu. Ma stać na straży prawa, a nie układów.
Dlatego trzeba głośno powiedzieć: opieranie wymiaru sprawiedliwości na ludziach, którzy się znają, popierają i wzajemnie legitymizują, nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością. Sprawiedliwość zaczyna się tam, gdzie kończy się środowiskowa bezkarność. Tam, gdzie procedury są jasne, odpowiedzialność realna, a obywatel ma pewność, że jego sprawę rozstrzyga nie członek układu, lecz niezależny sędzia.
Jeżeli polskie sądy mają odzyskać autorytet, potrzebują nie kolejnych haseł, lecz rzeczywistego odcięcia się od układów, podwójnych standardów i wojny wszystkich ze wszystkimi. Wymiar sprawiedliwości trzeba odbudować tak, aby obywatel znów uwierzył, że w sądzie nie liczą się znajomości, przynależność i wpływy, tylko fakty, dowody i prawo. Bez tego żadna reforma nie będzie prawdziwa.